5/5
Kiedyś była to wspaniała piekarnia kiedy mojego dziadka Bolesława Komisarczyka można było spotkać jako pracownika w tej piekarni wraz z jego uczniami. Ale to były lata 1950-1970. Kolegów i uczniów dziadka z nazwiska wymieniał nie będę gdyż rodziny mogły sobie tego nie życzyć. Potem przez lata piekarnia podupadała, począwszy od końcówki lat komunistycznych. Pamiętam jeszcze kiedyś bardzo dobre bułeczki francuskie z białej mąki ale to była mąka z importu, zupełnie inna niż teraz. Nie było w niej tyle glutenu. Potem był czas eksperymentowania z chlebami ziarnistym i też bardzo ciekawie to wychodziło. A w latach 90 na początku niezapomniany był chleb z makiem co prawda już całkowicie przemysłowy z białej mąki ale jeszcze całkiem smaczny. Teraz nie powiem dobrego słowa o tej piekarni bo nie wiem co się tam dzieje i nie wiem gdzie ląduje chleb tam produkowany. Miejsce wygląda na zupełnie wymarłe jak gdyby tam się nic nie działo. A kiedyś w latach 80 i 90 zeszłego wieku aż do początkowych lat nowego wieku nosiło się ciasto drożdżowe świeżo wyruszane I można było od razu włożyć do pieca albo chwilę się jeszcze czekało i ciasto ładnie się piekło. Potem nastała era w piekarników elektrycznych które strasznie dużo prądu żarły. A potem już wyłącznie piekarniki pod zabudowę i każdy piecze u siebie. I minął bezpowrotnie ten czar pieczenia zbiorowego 15-tu czy 20-tu ciast drożdżowych w piekarni w wielkim piecu elektrycznym na siłę w którym się piekło wcześniej chleb. Aromat który pozostawał w piecu częściowo przechodził do ciasta drożdżowego i to ciasto zupełnie inaczej smakowało niż pieczone we własnym piekarniku. Kiedyś mama oczekując na wypieczone ciasta drożdżowego jako małolata pięcio czy sześcioletniego sadzała mnie na wielkim stole u kierownika piekarni i tam dostawałem pajdkę lub piętkę chleba prosto wyjętego z pieca. A uczniowie i Koledzy mojego dziadka który już wtedy nie żył smarowali mi to jeszcze masełkiem i taką Pajdkę ciamkałem przez dobre pół godziny. Ale co to był za smak. Takiego chleba już się nigdzie nie spotka. Jeśli chodzi o całokształt wrażenia dałem pięć gwiazdek tylko przez sentyment dawny do tego miejsca. Ale jeśli chodzi o obsługę i klimat dałbym jeszcze niżej niż te cztery bo naprawdę w tej chwili ta piekarnia jest pod zdechłym azorkiem. Zresztą nie ta jedna praktycznie wszystkie piekarnie w Polsce przemysłowe tak mają. Niewiele rodzinnych bardzo fajnych piekarni zostało jeszcze w Polsce które nie zostały zabite przez przemysłową produkcję ciasta mrożonego które potem jest cudownie ożywione jako zombie i odpiekane w piecach Lidla Biedronki Dino Emmy i tym podobnych ,,cudownych piekarniach''. Ciasto które nierzadko naszpikowane jest słone jęczmiennym i leży po 8 10 albo 15 miesięcy w wielkich mroźniach. . . . Ale to jest temat rzeka który po prostu nie da się tego ogarnąć. A potem mamy problemy trawienne takie jak nietolerancja glutenu, celiakię i jeszcze inne rzeczy. Kiedyś na tą piekarnią unosił się malowniczy dymek a po całej okolicy rozchodził się zapach świeżutkiego pieczonego chleba. Gdy zimą odwróciła się cyrkulacja powietrza i mroźny wyż pchał powietrze ze wschodu to smuga zapachu chleba docierała do Rynku Lelowskiego. Ale w przeważającej części roku trzeba było iść w stronę cmentarza nowego żeby wyczuć ten zapach cudowny świeżo pieczonego chleba. Albo po prostu przejść się wzdłuż ulicy Szczekocińskiej. Ciekawe jak wyglądały dawne piekarnie średniowiecza renesansu albo oświecenia w dawnym Starym Lelowie czyli obecnym Staromieściu oraz nowym Lelowie czyli obecnym Lelowie. Pozdrawiam wszystkich serdecznie. W tym szczególnie Władze i Zarządzających obecnie Piekarnią. Obyśmy dożyli lepszych czasów i dochrapania się chociaż cienia tej dawnej świetności Piekarni Lelowskiej.